Iz 63,15-64,3
«15 Spójrz z nieba i popatrz ze swego świętego i wspaniałego przybytku! Gdzie jest Twoja gorliwa miłość i Twoja potęga?
Gdzie poruszenie Twego serca i Twoje miłosierdzie, które powstrzymujesz przede mną?
16 Bo Ty jesteś naszym Ojcem! Abraham nas nie zna, Izrael nas nie rozpoznaje, lecz Ty, Panie, jesteś naszym Ojcem, nasz Odkupiciel / to Twoje imię od wieków.
17 Dlaczego, Panie, pozwalasz nam zbaczać z Twoich ścieżek i zatwardzasz nasze serca, by się Ciebie nie lękały?
Powróć przez wzgląd na Twoje sługi, na plemiona Twojego dziedzictwa!
18 Za bezcen wzięto w posiadanie Twój święty lud, nasi nieprzyjaciele podeptali Twoją świątynię
19 Od dawna staliśmy się jak ci, nad którymi Ty nie panujesz i Twoje imię nie jest wzywane nad nimi. Obyś rozdarł niebiosa i zstąpił! Góry zadrżałyby przed Tobą!
1 Jak płomień spala chrust i ogień sprawia wrzenie wody, tak daj poznać swe imię Twoim wrogom!
2 Narody będą drżeć przed Tobą, gdy dokonasz rzeczy przerażających, których się nie spodziewaliśmy.
Zstąpiłeś! Góry zadrżały przed Tobą!
3. Od dawna nie słyszano – ani ucho nie słyszało, ani oko nie widziało, aby jakiś bóg poza Tobą czynił tak temu, kto pokłada w nim nadzieję.»
Już 2. niedziela Adentu! Adwent nietypowy, bo mamy znów rozkręcającą się epidemię i tym razem jeszcze ludzi umierających z zimna w przygranicznych lasach. Ale nawet w takim tragicznym roku domyślny schemat jest stały, i chętnie wykorzystywany w handlu: przygotowywanie się na Radosne Święta, wieńce, choïnki, kolędy, Mikołajowie… słowem: RADOŚĆ I DOBRE EMOCJE, czasem wręcz swoïsty „terror dobrych emocji”. Bo to RADOSNE i RODZINNE Święta [idą]. I nawet – im mniej o Świętach myślimy w kategoriach religijnych (o Bogu, który zstąpił z Nieba i stał się człowiekiem) – to nawet ten terror „radości” i „rodzinności” potrafi być większy, bo radość staje się nie wnioskiem z tego co świętujemy, ale już główną treścią.
Znając trochę Nowy Testament, można dodać, że „Gwiazdka” to nie jest taka słodko-cukierkowa historia, bo i urodzenie w zimnej grocie, i smutna historia szaleńca króla Heroda który „na wszelki wypadek” kazał mordować niemowlęta, przez co Św. Rodzina stała się uchodźcami… Ale nawet z tą cenną wiedzą biblijną, na pytanie „co to jest Adwent”, domyślna odpowiedź to: „RADOSNE OCZEKIWANIE NA PRZYJŚCIE JEZUSA”. I niechże ktoś spróbuje nie być dość pewnym, na Kogo czeka, albo niech będzie nie dość pobożnie radosny… ale przecież czasy nie są radosne, i też nie dla każdego z nas życie jest radosne!?
A jakby tak nie wiedzielibyśmy do końca, na kogo czy na co czekamy? Gdyby wypełniała nas nieutulona tęsknota, gorzkie rozczarowanie? Co więcej – szczera chęć oglądania, jak osoby, które mamy za wrogów i sprawców naszego nieszczęścia – spotyka jakaś przerażająca zagłada? Pewnie znaleźli by się pobożni przyjaciele, którzy jak przyjaciele Hioba doradziliby: „zastanów się poważnie nad sobą, takich emocji mieć nie wolno… i nie wypada”! Znakomicie! To czego jeszcze nie wypada? Na pewno gniewać się na Boga, a zwłaszcza obwiniać go za własne złe myśli i czyny; podważać Jego wierną opiekę… To, jak wielu różnych rzeczy w myśli i modlitwie „nie wypada”, nabiera czasem wymiaru systemowego: ileż ludzi – aby na pewno nie powiedzieć bluźnierstwa/herezji/głupoty – korzysta tylko z gotowych formułek, modlitewników etc, albo przestaje się modlić wcale.
Ale my otwieramy dzisiaj Biblię na Księdze [Trito-]Izajasza, i mamy ten fragment wielkiej modlitwy, w którym jest wszystko czego w „pobożnych” emocjach i modlitwach, być podobno „nie powinno”. Oto Adwent Narodu Wybranego początku V w. przed Chrystusem! Jaka jest ich adwentowa wiara i modlitwa? Widzimy, że nie zawsze „słodka”, czy choćby „pokorna”, „ugrzeczniona”. W tekście modlący się oskarżają Boga i zupełnie nie są humanitarni dla swoïch wrogów (których nazywają wrogami Boga). Jak to? W wielu miejscach Biblii widzimy, że Pan lubi prawdę w duchu i czynach, i tu widać, że przyjmuje też prawdziwe emocje. Jednym z większych nieporozumień bywa usiłowanie oszukania Boga, przez udawanie przed Nim „lepszego, niż się jest”, żeby się „przypodobać”; Adamie, gdzie jesteś? Nie ma mnie! Ukrywam się, bo jestem nagi! Scena z 1 Mż 3 jest aż komiczna, ale sami z siebie się śmiejemy, to właśnie nasz obraz jako ludzi O ileż lepiej przynieść do Dobrego swoje zło, smutki i choroby, bo tylko wtedy nas może uleczyć. Oczywiście, zwracając się do Króla Wszechświata nie odważymy się powiedzieć wielu rzeczy – niegodnych, głupich, nieodpowiedzialnych… które bez oporów powiedzielibyśmy „koledze przy piwie”. To dobrze: modlitwa ma też pomóc nam ogarnąć się i oczyścić myśli ze śmieci. Ale jeżeli mielibyśmy być tylko „nieszczerzy wobec Boga”, a potem wrócić na dawny poziom… to bez sensu. Przed Bogiem trzeba być szczerym!
A w tej modlitwie jest jeszcze coś, co ją „broni”: tam jest kluczowa sprawa: poczucie całkowitej, absolutnej zależności od Boga… zarzuty wobec Najwyższego są dość ciężkie: że nie daje się już poznać jako Kochający i Potężny, że powstrzymuje Swoje Miłosierdzie, że zatwardził serca Izraelitów i pozwala im obierać ścieżki na zatracenie, że pozwala się poganom z Siebie nabijać! Ale to oskarżenie Boga – jest jednocześnie błaganiem, wyznaniem wiary, że On jest jedynym, Który może tu pomóc. I pomoże.
Drobiazg na końcu: Bóg jako Ten, od którego jesteśmy całkowicie zależni, naprawi świat… bo jedynie Bóg Izraela, jako jedyny prawdziwy, tak czyni. Ale nie automatycznie każdemu, a temu „to pokłada w Nim nadzieję”.
Ludzie mawiają: „co ma być, to będzie”, albo w formie „religijnej”: „jak Bóg coś zaplanował, to tego nie zmienisz” etc. Czyli w sumie: są jakieś „nieuniknione procesy historyczne” trochę jak u Marksa, i to się dzieje i tak ponad nami. Dla Narodu Wybranego takie podejście byłoby absurdem; po hebrajsku albo w czymś uczestniczymy zaangażowaniem, doświadczeniem, relacją (a nie tylko neutralną „wiedzą naukową”, jak Grecy), albo to dla nas w ogóle nie istnieje. Nadzieja może mieć czasem wymiar „bierny” w tym sensie że jest otwarciem się na Boże działanie, ale na pewno nie jest zobojętnieniem. Jest otwarciem… na to, że Bóg może dzieje nasze i świata poprowadzić ku dobremu i to zrobi… ale może to się stać w inny sposób, niż to sobie wyobrażaliśmy, na który liczyliśmy, który wręcz już w detalach sobie zaplanowaliśmy. Jesteśmy na ogół dość elastyczni i otwarci na Bożą inwencję jeżeli chodzi o życie wieczne w przyszłym świecie, ale z ziemskim… bywa różnie. Ale mamy dobre towarzystwo! Izraelici potrafili mieć niezwykle konkretne i szczegółowe wizje tego, jak Bóg ma zadziałać! Nie jakieś tam tajemnicze wieczne szczęście w przyszłym świecie niebieskim, ale określone wydarzenia, w konkretnych miejscach! Było to zgodne z hebrajską intuicją, że to jest prawdziwe, czego można doświadczyć, a nie rozmyślania i spekulacje. Więc Bóg – choć całkowicie Inny, Święty, Oddzielony, Niepoznany – objawiał się w historii. Zupełnie inny od boga greckich filozofów (jak np. Arystoteles). Co bardzo ciekawe, w ogóle Izrael pierwotnie za bardzo nie roztrząsał spraw życia poza-grobowego. Nadzieję pokładano w Bogu, Zbawicielu. Ale zbawiającego nie dopiero „od potępienia w piekle”. Bóg Izraelitów objawia się w Historii, błogosławi w życiu człowieka (Co Bóg obiecuje Abramowi [1 Mż 15] Dzieci!) i Narodu Wybranego. Dopiero z czasem następuje coraz głębsze rozczarowanie historią, i przeniesienie nadzieï także poza obręb doczesności.
[Że to nastąpiło dość późno, możemy zauważyć z samej Biblii: Nowy Testament w wielu miejscach nawiązuje (co NIE znaczy, że je w pełni „zatwierdza”) do popularnych wówczas żydowskich wyobrażeń na temat życia pośmiertnego. Tylko skąd one się wzięły, skoro nie ma ich w Biblii Hebrajskiej, którą nazywamy Starym Testamentem? Po prostu gdy ją spisywano, te koncepcje jeszcze nie były rozwinięte. Pojawiły się później; rozpisane są np. w apokryfach, takich jak Księgi Henocha czy 4. Ezdrasza .]
A gdzie jest nasza nadzieja? Modlitwa proroka jest pięknym, chociaż nieco przerażającym psalmem; w którym wielu może znaleźć opis swojej sytuacji. Własnego smutku, poczucia opuszczenia, rozczarowania brakiem błogosławieństwa, złych emocji wobec kogoś, także żalu że my i nasi bliscy już nie spełniamy już własnych wyobrażeń o byciu „dobrym”.
Wiele jest miejsc w Biblii, które wyglądają, jakby były pisane specjalnie dla nas. Ważne jednak, żeby też nie zdegradować tej Księgi z roli Pisma Świętego do jakiejś zupełnie osobistej książeczki cytatów na różne okazje, tylko zobaczyć na pierwotny sens historyczny: mamy przełom VI/V w., nastąpił już powrót z niewoli babilońskiej. Według wcześniejszych proroctw to miało być wspaniałe wydarzenie! Nic z tego… Powróciła tylko część wygnańców (wielu pozostało w Babilonii i uległo asymilacji). Tych, którzy powrócili, załamywała skala zniszczeń Jerozolimy i terenów wiejskich. Odbudowa Świątyni natrafiała na wiele przeszkód [dla judaïzmu Świątynia to JEDYNE NA ŚWIECIE MIEJSCE, gdzie jest “pełen dostęp do Boga” przez składanie ofiar]. Najgorsze było, że przede wszystkim – mimo lekcji duchowych, jakich przeżyte nieszczęścia dostarczyły aż nadto – w niewielu sercach dokonało się nawrócenie. Oszustwa, niesprawiedliwość, różne bezeceństwa znów się rozpanoszyły się w mieście; szerzyło się bałwochwalstwo ; zło srożyło się bardziej niż kiedykolwiek. A miało być tak pięknie! Tak na to czekali! I na co teraz czekać? Co teraz może sytuację [czy to tych Izrealitów, czy kogoś teraz modlącego się ich słowami] naprawić? Czy w ogóle coś dostatecznie spektakularnego może się wydarzyć, aby spełnić tą tęsknotę, żeby Bóg rozdarł niebiosa i zstąpił, tak że góry zadrżałyby? Wysoko poprzeczka. Czy może się wydarzyć coś, jakieś wydarzenie historyczne, polityczne, albo w moïm życiu osobistym, które będzie dla mnie „rozdarciem niebios”? Oczywiście. Ale wszechświat się nie kręci wokół mnie, jesteśmy częścią czegoś większego. Choćby mój ojciec wyzdrowiał, moja ukochana wyszła za mnie, mój wróg zginął w straszny sposób, moja partia wygrała wybory – nawet jeżeli będę to tak bardzo przeżywał, że dla mnie to naprawdę będzie całe moje życie, i z mojej perspektywy to będzie otwarcie niebios – to będzie tylko moje życie i tam może jeszcze paru osób. Bóg Wszechmogący to nie jakiś domowy czy plemienny bożek. Żadne wydarzenie osobiste, polityczne, błogosławieństwo jednego narodu (a tym bardziej przekleństwo drugiego)… to wszystko jest za mało, aby było to kosmicznym, a nie tylko prywatnym „rozdarciem niebios i zstąpieniem B-ga”. No bo jak miałoby to wyglądać?
Izrealici też zaczynają dostrzegać ten problem. Prorok daje aluzję, że potrzebny jest nowy Mojżesz, który w mocy Ducha bezpiecznie przeprowadził lud przez wody grzechu, śmierci; obecność samego Boga przybywającego ocalić tych, którzy od dawna błąkają się z dala od Niego; których nawet patriarchowie Abraham i Jakub nie rozpoznaliby jako swoich dzieci. Tekst ciekawie zestawia wyczekiwane z nadzieją figury zbawcze, ale jeszcze wstrzymuje się przed ich syntezą. Czytając Izajasza z perspektywy chrześcijańskiej, nazywamy go wręcz „piątym ewangelistą”, Tajemnica wcielenia jest bliska Trito-Izajaszowi, ale prorok PRAWIE wszystko wykładając… zatrzymuje się chwile przed. I pytanie zostaje, wisi przez ponad 500 lat…
…aż publiczną działalność zaczyna skromny Cieśla z Nazaretu. Jakie tłumy za nim poszły! Dlaczego wystarczyło czasem, że bez długiego przekonywania po prostu mówił ludziom „pójdź za mną”, a oni np. «wyciągnęli łodzie na ląd, zostawili wszystko i poszli za Nim» (Łk 5,11)?
Jezus był prawdziwym spełnieniem tęsknot Izraela. Wyobrażacie sobie, że poznajecie Kogoś, i czujecie że całe Wasze dotychczasowe życie było tylko po to, żeby naszykować się na to jedno spotkanie? Ale spotkanie Jezusa to było coś jeszcze więcej! Tęsknota, na którą On odpowiadał, to nie było tylko całe życie pojedynczego człowieka czy całego Narodu współcześnie mu żyjącego, ale wszystkch przodków… cała historia Izraela, od Wyjścia z Egiptu, od Abrahama, czy wręcz – symbolicznie cała historia ludzkości: od Noego, od Adama…
Bóg rozdarł niebiosa i zstąpił; gdy IC umierał na krzyżu, rozdarła się na dwoje zasłona w Świątyni, oddzielająca miejsce najświętsze (Mt 27,51). To jest prawdziwe rozdarcie niebios. Koniec bariery między człowiekiem a Bogiem.
Ale wciąż – jest to, co z nadzieją u Izajasza: możliwość spotkania i zjednoczenia Stworzenia ze Stwórcą w Mesjaszu–Jezusie z Nazaretu, jest szansą na prawdziwą wolność, spełnienie tęsknot ludzkości, zwieńczenie historii. Ale nie z automatu! Aby nadzieja została wypełniona, potrzebna jest wiara, a konkretnie metanoja, którą po polsku nazywa się niezupełnie trafnie „nawróceniem”, albo co gorsza z łacińska „pokutą”. Metanoia to przemiana myślenia. Wiara bez przemiany myślenia może długofalowo nie dać dobrych owoców. Zobaczmy, część z tych, co szczerze za Jezusem poszli, równie szczerze Go potem odrzuciła. Dlaczego? Co się stało? Spełnienie nadzei pokoleń zaburzyło porządek: religijny, etyczny, społeczny, polityczny…
Wielu w końcu najwyraźniej uznało, że Jezus to pokusa, odpowiedź na jakąś nieokiełznaną tęsknotę, „ale trzeba być racjonalnym”. Oczywiście największy wyrachowany cynizm ukazała starszyzna rozgrywająca sprawę na poziomie politycznym Nie mamy króla, tylko cesarza (J 19,15), ale i były momenty, od których (J 6.66) wielu Jego uczniów odeszło i już z Nim nie chodziło. Co ciekawe, wielu przywódców uwierzyło w Niego, ale z obawy przed faryzeuszami nie ujawniali się, aby nie wykluczono ich z synagogi. Bardziej bowiem umiłowali ludzką chwałę niż chwałę Boga (J 12,42n) – jak Nikodem, przychodzący nocą (J 3). Niektórzy liczyli na Jezusa jako na zwycięskiego wodza, i porzucili Go, gdy okazało się, że Królestwo nie z tego jest świata i krwawej rozprawy z Rzymem wcale nie będzie (zdaje się że do tego nurtu „politycznego” należał nieszczęsny Apostoł Judasz). Wielu za Jezusem poszło, ale ponieważ czymś ich zaskoczył, jednak zrezygnowało. Apostoł Piotr podsumował to przysłowiem (2 P 2): pies powrócił do swoich wymiocin, a umyta świnia do tarzania w błocie.
Przyjście Jezusa postawiło wielu Jego rodaków przed dramatycznym wyborem. Chcieli Mesjasza, ale mieli aż zbyt konkretną jego wizję. Czuli że to On, a jednocześnie go odrzucali. Czasem bywa, że jeżeli staniemy przed wyborem między dwoma wartościami, i wybierzemy tę mniej ważną, w efekcie tracimy jedno i drugie. Często jak na jednej szali jest wartość, typu zdrowie, uczciwość, rodzina, bezpieczeństwo, a na drugiej – pieniądze (np. klasyk morski: firma oszczędza na bezpieczeństwie, statek tonie).
Czy można było poznać Chrystusa, a następnie wrócić choćby do religii opartej na obrzędach i ofiarach składanych w Świątyni Jerozolimskiej, albo do myślenia ο doświadczaniu o Bożej miłości w kategoriach politycznych, jako niepodległości Izraela? Wszystko można. Bóg nie będzie siłą powstrzymywał ludzi przed ich złymi wyborami (co zresztą z żalem wypomina Mu Izajasz), ale da zobaczyć ich skutki: jak nieudane powstania żydowskie z lat 66–135, zakończone całkowitym zburzeniem Świątyni, Jerozolimy, upadkiem i trwającym kilkanaście wieków rozproszeniem narodu po świecie. Tak potrafi się skończyć oczekiwanie na Boże Działanie, ale bez otwartości na bycie zaskoczonym.
W naszym Adwencie zastanówmy się, na co tak naprawdę czekamy… ale dajmy się też Bogu zaskoczyć! To co Chrystus dla nas szykuje – i w przyszłym życiu, ale i może jeszcze w tym tutaj – to potrafi być tak daleko więcej niż jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, czy poprosić. Prośmy Go o cierpliwość rolnika i Hioba (Jk 5) dla nas. Nasz Odkupiciel w Swoïm czasie na pewno Sam napełni nas prawdziwą adwentową radością! Αμην.
dr Krzysztof M. Różański